LIST Z POLSKI

      O polskim prezydencie w amerykańskim fraku i irlandzkim przykładzie

Dawno już nad Wisłą nie widziano tak silnego zjednoczenia między pokoleniami starszych i młodszych rodaków, jak od czasu ukazania się informacji o krążącej w internecie tzw. „liście Wildsteina”. Nagle cała Polska, od nastolatków i trzpiotów począwszy a na dziadkach oraz babciach skończywszy, zaczęła przemierzać wirtualne mierzeje w poszukiwaniu spisu tajnych współpracowników SB. Jaka to w szkole byłaby afera, gdyby wszyscy dowiedzieli się, że tata Krzysia lub Józia donosił potajemnie na swoich kolegów z pracy?! Nieźle można byłoby też „dołożyć” już od dawna nieznośnemu sąsiadowi, a teraz szpiclowi!! Jakże potężna broń znajduje się gdzieś na stronach WWW, no więc „hej ludziska, szukajta!!”. Co niektórzy wiedzą jednak, ileż to razy takowe „pospolite ruszenie” kończyło się tylko nieszczęściem pobratymców. Jednego nam teraz potrzeba: prawdziwie głębokiej roztropności oraz umiejętności przyczynowo-skutkowego, holistycznego patrzenia na naszą rzeczywistość. Praca u podstaw, dokładność, rzetelność, głęboka refleksja etyczna połączona z czynem, a nie nieokiełznana żywiołowość serca jest teraz Polakom najbardziej potrzebna!!!

Być może powyższymi cnotami będzie charakteryzował się przyszły prezydent, do którego wyboru przygotowują już się powoli wszystkie znaczące środowiska polityczne. Chociaż czas głosowania jeszcze daleki, to pojawiają się już nazwiska potencjalnych kandydatów: Marek Borowski, Włodzimierz Cimoszewicz, Zbigniew Religa, Lech Wałęsa, Jan Rokita lub Donald Tusk, Tomasz Lis, Andrzej Lepper, Roman Giertych. Znamy też najnowsze statystyki CBOB’u, według których prezydentem zostałby prof. Zbigniew Religa, na drugim miejscu znalazł się natomiast Tomasz Lis - nie należy jednak tych wyników uważać za rozstrzygające i ostateczne, bowiem zmiana nastrojów i preferencji jest bardzo dynamiczna w naszym kraju.

Można też wykreować eksperyment, jaki niedawno na zlecenie Wprost został wykonany przez firmę statystyczną Pentor. Setkom rodaków złożono następujące pytanie: Którego z zagranicznych polityków poparłbyś, gdyby startował w wyborach prezydenckich w Polsce? Ranking wypadł następująco:

1. George W. Bush 19,4%
2. Tony Blair 15,5%
3. Jacques Chirac 8.9%
4. Gerhard Schröeder 7.2%
5. Wiktor Juszczenko 6.4%
6. Władimir Putin 2.7%
7. Silvio Berlusconi 1.8%
8. Aleksander Łukaszenko 1.3%

Powyższy wyraz opinii społeczeństwa polskiego pozwala nam na zarysowanie ważnych wniosków. Pierwszym z nich jest fakt, iż znacznie bardziej bliższa jest nam wizja wolności i świata anglosaskiego, niż kontynentalnego, Stany Zjednoczone zaś postrzegamy jako najlepszego sojusznika Rzeczypospolitej Polskiej. Druga konkluzja dotyczy „wschodniej strony”, a bliżej naszego stosunku do Rosji i prorosyjskości – ewidentnie nie chcemy mieć wiele wspólnego z tamtą ideą konstruowania świata. Fakt ten potwierdza dodatkowo wysokie notowanie w rankingu prozachodniego Wiktora Juszczenki. Trzecie zaś miejsce Jacquesa Chiraca świadczy o kolejnej interesującej cesze naszego społeczeństwa – mimo fascynacji światem anglosaskim, nigdy nie przestaniemy być „kontynentalistami”, a Francja i Niemcy, mimo wielu gaf oraz niesnasek dyplomatycznych z ich strony, zawsze będą dla nas probierzem strategii politycznej. Warto też zauważyć, że żaden z kandydatów nie otrzymał 30-40 procentowego poparcia, co świadczy o przekonaniu, iż nikt w naszych oczach nie zasługuje na miano wielkoformatowego męża stanu na światową skalę - unaocznia to dosyć dużą dawkę obiektywizmu i mądrości ludzi żyjących nad Wisłą.

Zostawmy jednak wybory prezydenckie w spokoju, mając nadzieje, iż zaskoczą one nas równie pozytywnie jak największe polskie przedsiębiorstwa (PZU, KGHM, PKO BP, Telekomunikacja), które jak jeden mąż zadziwiły świetnymi wynikami finansowymi za 2004 rok. Razem wypracowały one około 69,8 miliardów przychodów oraz 7 miliardów czystego zysku, czyli dwa razy więcej niż w poprzednich latach. Tak dobre rezultaty narodowych okrętów flagowych to efekt trwającego już od ponad roku szybkiego wzrostu całej gospodarki. Polacy chętniej wydawali pieniądze, a firmy – po kilku latach przerwy – wreszcie zaczęły zwiększać produkcję lub skalę usług. Aby utrzymać dobrą koniunkturę w kraju, potrzebujemy ciągłego napływu inwestycji. Jeśli tak się stanie, ekonomistom spadnie kamień z serca, bowiem eksport, w który bije umacniający się złoty, może stracić zdolność napędzania wzrostu gospodarczego. Nowe inwestycje oznaczają również nowe miejsca pracy oraz szanse na dogonienie starych krajów Unii Europejskiej, tak jak zrobiła to Irlandia.

Przypadek Irlandii jest niesamowity i fascynujący – jeszcze nie tak dawno, była zacofanym wyspiarskim państwem z masową emigracją zarobkową oraz jedną z najwyższych stóp bezrobocia w Europie. Dzisiaj natomiast przegoniła ona Wielką Brytanię w poziomie rozwoju przemysłowego, a wskaźnik PKB per capita wynosi 29 tysięcy dolarów!!! Przypadek Irlandii powinien być dla nas realnym do spełnienia snem o Polsce potężnej i nowoczesnej – tym bardziej, że państwo to posiada wiele podobieństw do naszego kraju. Pozwolę sobie teraz przeanalizować czynniki prowadzące do tak fenomenalnego wzrostu, mając nadzieję, iż pozwoli to trafniej dokonać diagnozy naszego poziomu strategii i polityki państwowej oraz zainspiruje do katalizowania zmian.

Przede wszystkim czołowym sposobem działania jest sformułowanie przez rząd irlandzki kierunku zmian strukturalnych gospodarki. Uznano konieczność odejścia od tradycyjnej gałęzi przemysłu lekkiego oraz spożywczego na rzecz sektora technicznego, elektronicznego, biotechnologicznego oraz farmaceutycznego. Dodatkowo priorytetem miały stać się także usługi informatyczne oraz finansowe. Świadomie odeszło się od polityki neoliberalnej (równego traktowania wszystkich dziedzin). Podstawową komórką tej selektywnej polityki były sterowane przez centralę bezpośrednie inwestycje zagraniczne (FDI – Foreign Direct Investment). Na dalszy plan odsunięto program reformy rolnej, bowiem sektor ten nie tworzy strumienia modernizacji dla całej gospodarki. Ciekawym pomysłem było wprowadzenie zróżnicowania w opodatkowaniu dochodu spółek(neokeynesowski punkt widzenia) w zależności od opierania się na własnym lub zagranicznym zaopatrzeniu czy bazie naukowo badawczej. Korzystanie z obcego zaopatrzenia lub bazy opodatkowane zostało dwukrotnie więcej, bo aż 23 procent. Wprowadzono także system ulg podatkowych, grantów oraz specjalnych stref ekonomicznych, co okazało się nader skuteczne. Praktyka irlandzka pokazała, że chociaż sektor nowych technologii i usług eliminuje pracochłonne procesy (zmniejsza stare miejsca pracy), to daje on także równocześnie nowe miejsca pracy, dzięki której stopa bezrobocia mogła zostać zredukowana do 4 procent (z 15%). Decydujące znaczenie dla rozwoju miały także (interpretacja neoliberalna): niski udział sektora publicznego, obniżanie stopy podatku dochodowego (12,5%), liberalizacja przepływu kapitałów oraz mniejsza niż w Unii Europejskiej rola świadczeń społecznych. Wydaje się jednak, iż większą wagę należy tu przyznać świadomej strategii politycznej i gospodarczej państwa, polegającej na pewnym interwencjonizmie.

Wiemy, co przyczyniło się do wzrostu gospodarczego w Irlandii, ale czy to nam wystarczy, czy wiedza może coś znaczyć bez czynu? Nasze chęci powinny odzwierciedlać się w codziennej, żmudnej pracy, elementarnej uczciwości oraz chęci zrobienia czegoś z niczego – w przeciwnym wypadku jeszcze przez wiele lat kojarzeni będziemy z państwem byłego bloku sowieckiego o nieokiełznanej (czytaj: głupkowatej) żywiołowości serca.

Bibliografia:

Wprost nr 52
Przegląd (luty)
Gazeta Wyborcza nr 38

Łukasz Mańczak

(05-03-01)