Koncert Piotra Folkerta “Celebrating Jazz”

Ósmego listopada wieczorem, w Roswell Cultural Arts Center, liczna publiczność zgromadziła się na koncert “Celebrating Jazz” zorganizowany przez Chopin Society of Atlanta. Był to trzeci koncert z cyklu “Celebrating”, po cieszących się popularnością koncertach “Celebrating Chopin” i “Celebrating Bach”. Wśród zgromadzonych znaleźli się między innymi konsulowie Wielkiej Brytanii, Japonii, Peru i Turcji, jak również Claire McLeveighn, przedstawicielka Burmistrza Atlanty, Shirley Franklin.

Po zgaszeniu świateł, uwagę przykuł stojący na scenie wygodny fotel, książki leżące na stoliku koło fotela i miękki dywan, wszystko jakby zapraszające, żeby usiąść wygodnie i się zasłuchać... I rzeczywiście, można było się zasłuchać na cały wieczór. W fotelu zasiadł elegancki John Lemley, prezenter stacji radiowej WABE, zasiadł jak rzadki gość w naszym domu, który dużo podróżował i poznał wielu ciekawych ludzi, a teraz nam to elokwentnie przekaże w swoich opowieściach. John otworzył swój „pamiętnik z podróży”, i rozsnuł wartką i barwną opowieść o jazzie. Opowieść, czyli tekst autorstwa Piotra Folkerta, zaczęła się od korzeni jazzu, od pierwszych osadników w Ameryce, muzyki murzyńskich niewolników i pokazów umalowanych na czarno minstreli. Tu opowiadający zawiesił głos, z ciemności wyłonił się stojący nieco dalej fortepian i na scenę wszedł sam Piotr Folkert.

Znaliśmy Piotra już wcześniej jako utalentowanego i wrażliwego interpretatora muzyki Chopina i Bacha, a więc tradycyjnej muzyki poważnej. Ale ósmego listopada poznaliśmy go od innej strony: wykonawcy wszechstronnego, otwartego na eksperymenty, ukazującego nam dziką stronę muzyki ujawniającą się w nieregularnych rytmach i dysonansach. Preludium       Claude’a Debussy’ego „Minstrels” było zainspirowane występami minstreli i brzmiało tak lekko, elegancko i zabawnie, że miałam wrażenie, jakbym sama oglądała jeden z występów tych komików.

Kiedy utwór się skończył, nastąpiły entuzjastyczne oklaski, jednak na razie niezbyt długie, bo publiczność z niecierpliwością czekała na dalszy ciąg opowieści. John Lemley czytał więc  dalej. Interesujące fakty i anegdoty układały się w historię i wprowadzały do   następnego utworu,  Ragtime  ze „Suity 1922” Paula Hindemitha. Połączenie narracji i utworów wydawało mi się tak płynne i naturalne, że ani muzyka nie stanowiła ilustracji tekstu, ani tekst nie stanowił wprowadzenia do muzyki, była to jedna, barwna, wciągająca opowieść.  

W opowiadaniu przytoczono jedną z hipotez o tym, jak powstało słowo „jazz”. Otóż w Nowym Orleanie, skąd jazz się wywodzi, nowy rodzaj muzyki grywano często w dzielnicy czerwonych świateł. Podobno kurtyzany używały francuskich perfum, których głównym składnikiem był jaśmin, i zagadywały przechodniów pytając „do you have jasmin on your mind?”. Słowo „jazz” stało się  czasownikiem („jazz it up”), a wkrótce nazwą nowego rodzaju muzyki. Ile w tej frywolnej anegdodzie jest prawdy - nie wiadomo, w każdym razie wywołała ona ogólna wesołość wśród widowni.

Program składał się głównie z utworów klasycznych zainspirowanych jazzem. Reprezentowane były różne gatunki jazzowe, ragtime, boogie-woogie, blues, charleston i foxtrot, ale napisane przez kompozytorów klasycznych: Debussy’ego, Hindemitha, Strawińskiego, Shchedrina, Goulda, Kernisa, Gottschalka.  

Nie zabrakło utworu polskiego kompozytora, Alexandra Tansmana. Tansman studiował w Polsce i wyemigrował do Paryża w 1919, gdzie zafascynował go jazz. Tam pod jego okiem Gershwin napisał „Amerykanina w Paryżu”. Piotr Folkert wykonał Sonatinę Transaltantycką, która według samego Tansmana jest reakcją europejskiego muzyka na zetknięcie z rytmami tanecznymi zza oceanu. Sonatina, składająca się z dwóch szybkich tańców (fokstrot i charleston) rozdzielonych wolną częścią „spiritual and blues”, brzmiała niemal tak lekko, jakby pianista tańczył i w tańcu jedynie potrącał klawisze. Jednak jednocześnie te pozornie przypadkowe dźwięki układały się w skoczne lub śpiewne melodie, w jakby spontaniczny śpiew, któremu akompaniowały akordy w synkopowanym rytmie. To przesunięcie rytmiczne między melodią i akompaniamentem sprawiało nieomalże wrażenie, że gra nie jeden muzyk, ale kilkuosobowy zespół, choć zawsze poprzez rozminięcia i dysonanse, frazy zmierzały do znajomej harmonii.

Zupełnie inny nastrój wprowadził „Piano-Rag-Music” Igora Strawińskiego. Daleko mniej regularny i taneczny, utwór wydawał się pełen energii, dziki i niepojący, bo zaskakujący. Z kolei „Superstar” Etude Aarona Kernisa dała Piotrowi okazję do demonstracji energii nie tylko artystycznej, ale nawet fizycznej, jako że utwór był „triatlonem” na dłonie, łokcie i stopę!

Dodatkowych wrażeń podczas przerwy dostarczyła specjalnie sprowadzona na tę okazję słynna wystawa polskiego fotografa Marka Karewicza “This is Jazz”, zawierająca zdjęcia największych osobistości jazzowych świata.

W drugiej części wieczoru Piotr Folkert wykonał improwizacje legendarnych pianistów-jazzmanów.  Romantyczne „Coctails for Two” Arta Tatuma rozkołysało mnie i rozmarzyło, a śpiewne „Nightingale” Oscara Petersona wzbudziło we mnie nieokreśloną tęsknotę. Piotr wykonał także „Maple Leaf Rag” Scotta Joplina. Muzyka i narracja tworzyły tak żywe i przekonujące przedstawienie, że wydawało mi się, iż opowiada mi ją znajomy, z którym siedzę przy stoliku w kawiarni, gdzie właśnie występuje legendarny jazzman.

Słynna „Błękitna Rapsodia” George Gershwina zakończyła wieczór, znów poprzedzona ciekawym faktem. Otóż podobno George Gershwin sam dowiedział się dopiero z „New York Tribune”, że jest w trakcie przygotowywania utworu, który ma udowodnić, że można łączyć jazz z muzyką klasyczną, i w ten sposób wprowadzić jazz na stałe do poważnych sal koncertowych. Utwór miał mieć premierę za miesiąc! W ten sposób George Gershwin, zmuszony przez organizatora koncertu, natychmiast zabrał się do pracy. Wersję fortepianową przekazał aranżerowi Ferde Grofe, który napisał orkiestrację również w rekordowym tempie, bezpośrednio na podstawie notatek Gershwina, aby orkiestra zdążyła przygotować utwór na zbliżający się koncert.

„Błękitna Rapsodia”, poetyczna, z rozmachem, a to śpiewna a to znowu energiczna, była przyjęta przez nas podobnie entuzjastycznie, jak przez publiczność na pierwszym koncercie w 1924 roku. Oklaskom i zachwytom nie było końca.

Wieczór był nie tylko niepowtarzalną okazją wysłuchania ciekawego zestawu utworów w świetnym wykonaniu oraz poznania historii jazzu i jego wpływu na kompozytorów klasycznych, ale był przede wszyskim (cytując dowolnie Wyntona Marsalisa) „świętowaniem samego życia, jego absurdalności, jego ignorancji i wspaniałości”.

Anna Godowska  

Podziękowania

W imieniu Towarzystwa Chopinowskiego w Atlancie, Piotra oraz moim własnym, chciałabym jak najgoręcej podziękować wszystkim za wkład w sukces mimionego koncertu. Jest mi niezwykle miło, iż Klub Polski oraz Apostolat Polski z takim zaangażowaniem i sercem odniósł się do tego projektu. Piotr i ja po koncercie otrzymaliśmy wiele komplementów i podziękowań od zaproszonych gości jak i wielu innych, często nam nieznanych osób. Pani Claire McLeveighn, przedstawiciel Burmistrza Atlanty Pani Shirley Franklin, jak powiedziała  w swoim krótkim przemówieniu, jest naszą gorącą orędowniczką i propagatorką naszych poczynań już od pierwszego koncertu inaugurującego działalność Towarzystwa. Cieszę się, że my jako Polonia, mogliśmy dać wyraz naszej fascynacji jazzem, formą muzyki, która rozwinęła się tu w Ameryce i przedstawić jego rolę w kulturze światowej.

Szczególnie serdeczne  podziękowania chciałabym złożyć na ręce następujacych osób:

Luby Adamczyk, Joanny Babińskiej, Ireny Baker, Gosi Brychcy, Alexa i Lary Fudali, Elżbiety i Stanisława Gałązki, Ani Godowskiej, Wojtka Grochowskiego, Grażyny Kaczor, Wandy i Janusza Komor, Elżbiety Krawczyńskiej, Jany i Bogusława Kubicy, Barbary i Tolka Leszczyńskich, Tatiany MacDougall, Hani Młynarz,  Jacka Nowickiego,  Beaty Olszok, Ani i Richarda Pare, Lili Piechockiej, Krysi Prus, Bohdana Prusa,  Milana Repiskiego, Lidii Rostowskiej, Marka  Winiarza, Jadzi Wycech,  Bożeny i Sławka Zaremba.

 Dorota Lato, Prezydent Chopin Society of Atlanta

(03-12-15)