Śladami Pułaskiego

13 września, w sobotni poranek, wesoły autokar wyruszył z North Springs na Jimmy Carter Blvd. w kierunku Savannah. Nie dojechaliśmy jeszcze do Macon, a słońce prażyło już na dobre. Było widać, że pogoda będzie udana. Droga upłynęła szybko, na oglądaniu polskich filmów ("Kochaj albo rzuć” i "Pułkownik Kwiatkowski") i śpiewaniu polskich piosenek.

W Savannah dosiadł się do nas doświadczony przewodnik i już w autokarze zasypał nas ciekawymi informacjami i  o mieście i o Forcie Pulaski, do którego zmierzaliśmy.

   

W Forcie Pułaski obejrzeliśmy film o budowie i zdobyciu fortu, małą wystawę i sam fort. Był on zbudowany jako fort nie do zdobycia, ale został zdobyty przez wojska unijne już w początkowych dniach Wojny Secesyjnej, jedynie dzięki wynalezieniu nowego rodzaju pocisków. Byliśmy dumni widząc informacje o Kazimierzu Pułaskim, Polaku walczącym o niepodległość Stanów Zjednoczonych, którego imię nosi fort.

Resztę popołudnia spędziliśmy na zwiedzaniu Savannah. Mimo że wielu z nas było tam już wcześniej, to miasto zawsze zachwyca starą, piękną architekturą i dwudziestoma czterema kwadratowymi romantycznymi placami z pomnikami i drzewami pokrytymi hiszpańskim mchem. Urok Savannah tkwi w tym, że prawie każdy dom, kościół, czy pomnik ma swoją niepowtarzalną historię, a nasz sympatyczny przewodnik nie tylko podawał nam podstawowe informacje o mieście, ale również przytaczał rozmaite ciekawostki, jak np. tę o żołnierzu w jednej ze stacji drogi krzyżowej w Katedrze Św. Jana, który nie wiedzieć czemu wystawia język. Oczywiście nie omieszkaliśmy zrobić sobie grupowego zdjęcia pod pomnikiem Kazimierza Pułaskiego.

Po zwiedzaniu byliśmy zakwaterowani w hotelu Comfort Suites – nowym, czystym i bardzo wygodnie położonym zaledwie kilka kroków od River Street. Tam właśnie większość  z  nas,   już   w   mniejszych grupach, udała się na kolację do licznych restauracji, szczycących się szczególnie rybami i owocami morza. Potem ci bardziej zmęczeni poszli spać, a ci żądni dalszych wrażeń zostali na River Street, gdzie czekały bary, uliczni artyści, pełnia księżyca...

W niedzielę - zasłużony odpoczynek na plaży po sobotnim zwiedzaniu. Opalaliśmy się na wyspie Hilton Head, w Karolinie Południowej, a pogoda była znowu wymarzona. Po południu, po lunchu w knajpkach przy plaży, wyruszyliśmy z powrotem do Atlanty.

Droga powrotna upłynęła szybko przy polskich fimach (tym razem "Ogniem i mieczem") i piosenkach. Wszystkich czterdziestu dwóch uczestników wróciło całych, zdrowych, lekko przypalonych i w dobrych nastrojach.  Niektórzy byli śpiący po skróconej sobotniej nocy. Wiele osób pytało, kiedy zrobimy następną wycieczkę.

Anna Godowska

(03-10-01)